Tylko życie z innymi ludźmi wyzwoli nas od zawężonego pola widzenia
Rys. Maciej M.Michalski 2026
10 lat temu znalazłem Swoje Miejsce na Ziemi!
Tak, to już dziesięć lat temu otworzył się przede mną świat nieruchomości.
Nie były i nie są to zwykłe budynki, metry kwadratowe, kąty, kredyty i wnętrza…
Ale od początku ?
Żaden Quentin Tarantino, ani Kieślowski z Piesiewiczem nie wymyśliliby lepszych od tych, którymi Bóg, Los, Przeznaczenie, czy inny Kosmos ma wymyślone dla nas. I o ile reżyserzy bądź co bądź budują fikcje różnego rodzaju, to życie pisze nam scenariusz w real time bez możliwości zrobienia dubla, czy zmiany koncepcji, bo akurat aktor strzelił focho-dąsa i nie pojawił się na planie ?
Zanim się o tym przekonałem na własnej skórze, byłem młodym gniewnym trzydziestoparolatkiem, któremu wydawało się, że może zaplanować sobie i wszystkim wokół szczęśliwość w każdej sekundzie dnia i nocy. Życie zawodowe, życie rodzinne, życie osobiste jak planety obracały się wokół mojego słońca. Ja nadawałem im prędkość, wyznaczałem elipsę i zarządzałem odległością od źródła ciepła… Nie odbywało się to wszystko bezdusznie i bezemocjonalnie, ale miałem poczucie olbrzymiej sprawczości.
Wśród wielu pomysłów na życie pojawił się plan wyjazdu całą rodziną do Londynu. Wspaniały plan na edukację, na finanse, na rozwój… Blisko dwa lata planowania: 2013 i 2014 podporządkowane całkowitej zmianie – przesunięcie całego gwiazdozbioru do innej galaktyki!
Kosmos jednak chciał inaczej.
Bo, gdy wszystko już po ludzku było dopięte na przedostatni guzik, rozpoczął się rok 2015! Ten rok był mieszanką wszystkiego! Wszystkiego, czego zaplanować się nie dało, nie dało przewidzieć… nie można było…
Wielkie Szczęście,
Żal,
Rozdzierający Ból, Rozpacz, Smutek, Bezradność…
Wściekłość,
Cisza…
Strach…
Zaskoczenie,
Zrozumienie,
Spokój,
Wdzięczność,
Radość…
Koktajl Mołotowa! Salceson! Kalejdoskop!
Wszystko w jednym momencie.
Momencie rozciągniętym na cały 2015 i 2016 rok.
Dwa lata za dwa lata.
Ale od początku ?
Do Londynu nie pojechaliśmy, bo dowiedzieliśmy się z Agnes, że po raz czwarty zostaniemy rodzicami ? Wielkie szczęście i radość pojawiły się najpierw, ale także żal za utraconą „szansą” na „lepsze życie”. Poukładałem, pozamiatałem wszystko co trzeba, skręciłem czwartą kołyskę i zacząłem planować kolejne obroty ciał niebieskich…
Moja wszechmoc jednak skończyła się bardzo szybko i bardzo boleśnie – nagle zmarł mój tata. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, bez cienia możliwości przewidzenia… Zawał powalił najwspanialszego faceta jakiego znałem… To był SZOK nie tylko dla mnie i całej mojej rodziny, to był prawdziwie powalający CIOS dla wszystkich, których ojciec znał! A znał tysiące osób, bo był człowiekiem duszą! Miał w sobie tyle ciepła i radości życia, że nawiązanie kontaktu z nowo zapoznaną osobą zajmowało mu ułamek sekundy. To był człowiek, który jak w japońskiej sztuce naprawy potłuczonej ceramiki kintsugi, łączył swoim złotem popękane relacje… i nagle odszedł…
Rozdzierający Ból, Rozpacz, Smutek, Bezradność…
Wszystko się rozsypało…
Nie! Stałem się Panem NIE!
„Nie będę uczestniczył w życiu, Nie będę zabiegał już o nic, Nie będę odzywał się do nikogo! Zrywam wszystkie relacje! Zatrzymuje ten pierdolony wszechświat! Włażę pod płaski kamień!” – to była moja odpowiedź.
Kilka miesięcy później, miesięcy spędzonych w ciszy, sam ze sobą – zamknięty na wszystkich ludzi wokół, z postanowieniem, że tak już zostanie na zawsze, wstaję rano i idę do łazienki, przemywam twarz i zauważam, że w kącie oka widzę czarną plamkę, taką która powstaje po spojrzeniu w słońce… okej, wiadomo, że trzeba odczekać i sama znika, ale ta nie chce! Powiększa się jakby… Ochlapuje twarz – nic. Jakaś siła odśrodkowa pcha mnie w kierunku domowej apteczki, żeby inna moc kazała mi w siebie wpakować dwie aspiryny! Ale dlaczego? Przecież NIGDY do tej pory nie brałem aspiryny? Żadnych suplementów, żadnych wspomagaczy, poprawiaczy… nawet witaminy C nigdy… A tu – CHAP! Dwie Aspirynki… Dowiem się za chwilkę, że te dwie pastylki uratowały mi życie, bo to nie był ślad słonka na siatkówce, tylko rasowy UDAR mózgu!
STRACH! To pierwsze uczucie, które się we mnie pojawiło. Bo kto zadba o czwórkę małych dziewczynek, jeżeli mnie zabraknie? To może jeszcze pół biedy, bo co jeżeli mnie sparaliżuje i będę rośliną na łasce bliskich?
Za chwilkę okazuje się jednak, że te dwa niewielkie proszki mnie od tego scenariusza wybawiły… Nie pozwoliły krwi zgęstnieć na tyle, żeby pozatykać tyle naczyń mózgu, żebym był tylko trochę lub żeby nie było mnie w ogóle…
Diagnostyka przeprowadzona w pierwszych dniach nie wykazuje ŻADNYCH przyczyn pochodzących z organizmu. Nie wiem właściwie nic poza tym, że udar zabrał mi POLE WIDZENIA. Bezpowrotnie doszło do obumarcia fragmentu mojego mózgu. Widziałem tylko troszkę – jak przez dziurkę od klucza…
Człowiek po takim zdarzeniu powinien natychmiast zacząć się rehabilitować. Ja dzięki pomocy wspaniałych przyjaciół z dnia na dzień, z jednego szpitala jadę do drugiego – rehabilitacyjnego. Ale zanim się tam znajdę pojawia się jakby znikąd koleżanka, która wręcza mi książkę „do poczytania w szpitalu”… moją twarz wykręca grymas niedowierzania „książka? Do poczytania??? Przecież ja jestem na pół ślepy!”…
Ale wrzucam do walizki i jadę na Śląsk rehabilitować mózg, ciało i… DUSZĘ… bo jak się okazało mój młody-gniewny trzydziestoparoletni organizm całkiem sprawnie zaczął wracać do pionu, a jak już się nieco uniósł, to znalazł w walizce książkę od Oli i z nudów zaczął czytać po stronie, po dwie… No i trafił na zdanie, zdanie prosto z kosmosu, zdanie spoiwo – płynne złoto, sklejające moją potłuczoną duszę.
„Tylko życie z innymi ludźmi wyzwoli nas od zawężonego pola widzenia”
Zaskoczenie, Zrozumienie, Spokój, Wdzięczność…
Łza, która pociekła mi po policzku była najcieplejszą łzą jaką poczułem z życiu. Byli w niej wszyscy moi bliscy: dzieci, rodzina, przyjaciele… tata…
Jeszcze wiele miesięcy po tym wydarzeniu dochodziłem fizycznie do siebie, ale zdanie przeczytane wtedy na rehabilitacji rezonowało we mnie każdego dnia! Na każdego napotykanego człowieka chciałem spojrzeć jak najszerzej, jak najlepiej, jak najdalej…
To był też czas, kiedy mogłem się zatrzymać i na spokojnie zastanowić się co chcę w życiu robić, kim chcę być, jaki chcę być i dla kogo? Jak patrzeć na dom, na rodzinę, dzieci, przyjaciół, na codzienność, na pracę…
PRACA.
Tak, to były blisko dwa lata, które zatrzymały mnie zawodowo, więc to też była przestrzeń do zaopiekowania. No i po staremu zacząłem planować po swojemu, ale Wszechświat już bez spektakularnych wstrząsów i kopów w pośladki dał mi możliwość poznania pracy w nieruchomościach. Odkryłem nową galaktykę! Zobaczyłem, że to nie jest tylko praca o metrach kwadratowych, kredytach i procedurach prawnych, ale przede wszystkim o relacjach między ludźmi. Założyłem Biuro Nieruchomości – takie, co to jest z ludźmi i przy ludziach. Pojawiam się w ich życiu na moment. Moment wysycony skrajnymi emocjami. Wchodzę w historię ich życia. Historie czasami trudne i skomplikowane, ale przede wszystkim radosne i szczęśliwe ? Staję się dla nich w jakiś sposób i na chwilkę ważną osobą – kometą, która ich poprowadzi przez moment, a potem poleci dalej zostawiając, mam nadzieję, ciepły refleks na plamce żółtej oka ?
Michał Szczęsny

